top of page

Czy naprawdę muszę ciągle coś udowadniać?

  • Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
    Piotr Karpinski
  • 29 cze
  • 3 minut(y) czytania


Przez wiele lat miałem w sobie poczucie, że muszę coś osiągnąć, coś zrobić albo kimś się stać, choć przez długi czas nie potrafiłem nawet odpowiedzieć sobie na pytanie, komu właściwie próbuję to wszystko udowodnić. Z zewnątrz mogło to wyglądać jak ambicja, konsekwencja czy zwyczajna chęć rozwoju. Kończyłem kolejne studia, uczestniczyłem w szkoleniach, prowadziłem własną firmę, a później rozpocząłem drogę do zawodu psychoterapeuty. Dzisiaj nie patrzę już na to z oceną ani z poczuciem, że było to dobre lub złe. Znacznie bliższa jest mi ciekawość i próba zrozumienia, do czego przez tyle lat było mi to potrzebne.

To pytanie stało się z czasem jednym z najważniejszych pytań również w mojej pracy terapeutycznej. Kiedy ktoś siada naprzeciwko mnie i mówi, że ma poczucie, iż ciągle musi coś udowadniać, że nigdy nie czuje się wystarczająco dobry albo że boi się, iż inni w końcu zobaczą, jaki naprawdę jest, nie próbuję od razu przekonywać go, że przecież jest wartościowym człowiekiem. Zamiast tego proponuję, żebyśmy wspólnie zatrzymali się na chwilę i spróbowali zrozumieć, skąd wzięło się to przekonanie oraz jaką rolę pełniło w jego życiu.

Coraz częściej przekonuję się, że wiele z naszych zachowań nie pojawia się przypadkiem. To, co dzisiaj odbieramy jako problem, bardzo często było kiedyś sposobem poradzenia sobie z rzeczywistością, która przekraczała nasze możliwości. Właśnie dlatego zamiast pytać, jak najszybciej pozbyć się danego objawu, znacznie częściej pytam: do czego był potrzebny? Co chronił? Przed czym pomagał uciec? Jaką ważną funkcję pełnił w czasie, kiedy nie mieliśmy jeszcze innych sposobów radzenia sobie?

Jeżeli jako dziecko doświadczamy, że zainteresowanie, akceptacja czy bliskość pojawiają się przede wszystkim wtedy, gdy spełniamy oczekiwania dorosłych, odnosimy sukcesy albo jesteśmy „tacy, jak trzeba”, bardzo łatwo dochodzimy do przekonania, że na miłość i bliskość trzeba sobie zasłużyć. Nie dzieje się to dlatego, że ktoś wypowiada takie zdanie wprost. Dziecko po prostu próbuje zrozumieć świat i znaleźć sposób na zachowanie więzi z najważniejszymi dla siebie osobami. Z czasem taki sposób myślenia staje się czymś tak naturalnym, że przestajemy go zauważać.

W dorosłym życiu często nadal się rozwijamy, uczymy, podejmujemy kolejne wyzwania i realizujemy ambitne cele. Sam rozwój nie jest przecież niczym złym. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy od naszych osiągnięć zaczyna zależeć poczucie własnej wartości. W takiej sytuacji każdy sukces przynosi ulgę, ale tylko na chwilę, ponieważ bardzo szybko pojawia się kolejny cel, który ma potwierdzić, że tym razem naprawdę jesteśmy wystarczający.

Ten mechanizm niezwykle często przenosi się również do relacji. Jeżeli głęboko wierzę, że muszę zasłużyć na akceptację, trudno mi pokazać drugiej osobie własny lęk, bezradność czy smutek. Znacznie bezpieczniej jest pokazać sukces, kompetencje albo obraz człowieka, który świetnie sobie radzi. Paradoks polega jednak na tym, że prawdziwa bliskość rzadko rodzi się z perfekcji. Znacznie częściej pojawia się wtedy, gdy stopniowo odzyskujemy odwagę, by pokazać siebie również w tych momentach, kiedy nie jesteśmy silni ani pewni siebie.

W swojej pracy coraz bardziej przekonuję się, że psychoterapia nie polega na odbieraniu człowiekowi ambicji ani motywacji do rozwoju. Jej celem nie jest również przekonanie go, żeby zrezygnował z osiągania ważnych dla siebie rzeczy. Znacznie bliższe jest mi wspólne odkrywanie, z jakiego miejsca ten rozwój wypływa. Czy jest wyrazem ciekawości świata i siebie, czy może próbą nieustannego udowadniania własnej wartości i szukania bezpieczeństwa tam, gdzie nigdy nie będzie go można znaleźć.

Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy człowiek zaczyna lepiej rozumieć historię swoich reakcji, coraz rzadziej musi walczyć o własną wartość. Nadal może się rozwijać, realizować marzenia i podejmować nowe wyzwania, ale robi to już z zupełnie innego miejsca. Nie dlatego, że wreszcie zasłuży na akceptację, lecz dlatego, że coraz bardziej czuje, iż jego wartość nie zależy od tego, ile osiągnie. I właśnie wtedy rozwój przestaje być walką o siebie, a staje się naturalnym wyrazem życia.

 
 
bottom of page