Trauma relacyjna. Czasami nie najbardziej boli to, co się wydarzyło, lecz to, że musieliśmy przeżyć to sami.
- Piotr Karpinski
- 1 sie
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 3 dni temu

Kiedy słyszymy słowo trauma, bardzo często wyobrażamy sobie pojedyncze, dramatyczne wydarzenie – poważny wypadek samochodowy, przemoc fizyczną, pożar, śmierć bliskiej osoby czy inne doświadczenie, które nagle i gwałtownie zmieniło czyjeś życie. Takie wydarzenia rzeczywiście mogą pozostawić głęboki ślad w psychice, jednak w gabinecie psychoterapeuty znacznie częściej spotykam ludzi, którzy rozpoczynają swoją historię od zupełnie innych słów. Mówią, że „nic szczególnego się nie wydarzyło”, że „inni mieli znacznie gorzej”, że „rodzice robili wszystko, co potrafili”, a mimo to od wielu lat żyją z przewlekłym lękiem, trudnościami w budowaniu bliskich relacji, niskim poczuciem własnej wartości albo nieustannym przekonaniem, że z nimi samymi jest coś nie w porządku.
To właśnie wtedy bardzo często zaczynamy rozmawiać o traumie relacyjnej, która w przeciwieństwie do traumy po jednym dramatycznym wydarzeniu powstaje stopniowo, rozwijając się pomiędzy ludźmi, w codziennych relacjach, w powtarzających się doświadczeniach samotności, odrzucenia, emocjonalnej nieobecności czy nieprzewidywalności. Nie zawsze oznacza ona przemoc, choć przemoc emocjonalna lub fizyczna niewątpliwie może do niej prowadzić. Często rodzi się znacznie ciszej, kiedy dziecko przez wiele lat nie ma przy sobie dorosłego, który potrafiłby pomóc mu zrozumieć własne emocje, uspokoić je i wspólnie przeżyć to, co w danym momencie przekracza jego możliwości.
Im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej odnoszę wrażenie, że człowiek nie cierpi wyłącznie dlatego, iż wydarzyło się coś trudnego. Znacznie częściej cierpi dlatego, że musiał przeżyć to sam, ponieważ zabrakło kogoś, kto pomógłby mu nadać sens temu doświadczeniu, nazwać je i wytrzymać razem z nim emocje, które dla dziecka były zbyt silne, aby mogło je unieść w pojedynkę.
Dziecko nie ma możliwości powiedzieć sobie, że rodzic jest przeciążony własnym życiem, zmaga się z depresją, uzależnieniem albo nigdy sam nie nauczył się regulować emocji. Ono widzi jedynie to, że zostaje samo z własnym lękiem, smutkiem czy złością, dlatego robi dokładnie to, do czego został stworzony ludzki układ nerwowy – przystosowuje się do warunków, w których przyszło mu dorastać. Uczy się nie płakać, nie prosić o pomoc, nie sprawiać problemów, przejmować odpowiedzialność za emocje innych ludzi, ukrywać własne potrzeby albo nie ufać nikomu, ponieważ właśnie taki sposób funkcjonowania pozwalał mu zachować więź z najbliższymi.
To dlatego bardzo rzadko patrzę na reakcje człowieka jak na coś przypadkowego albo pozbawionego sensu. Znacznie bliższe jest mi pytanie, do czego ten sposób reagowania był kiedyś potrzebny, ponieważ nasze reakcje niemal zawsze są próbą poradzenia sobie z rzeczywistością, która w tamtym czasie przekraczała nasze możliwości. Nie oznacza to, że nie ponosimy odpowiedzialności za własne zachowanie ani że nie ma ono konsekwencji. Oznacza jedynie, że zanim zaczniemy cokolwiek zmieniać, warto najpierw zrozumieć, dlaczego właśnie taka odpowiedź organizmu okazała się kiedyś najlepszym dostępnym rozwiązaniem.
Przez wiele lat myślałem, że najważniejszym elementem psychoterapii będzie pomaganie ludziom lepiej rozumieć swoją historię. Dzisiaj nadal uważam, że rozumienie ma ogromne znaczenie, jednak coraz częściej widzę, że samo zrozumienie bardzo często nie wystarcza. Człowiek może doskonale wiedzieć, skąd bierze się jego lęk przed odrzuceniem, dlaczego trudno mu zaufać partnerowi albo dlaczego nie potrafi stawiać granic, a mimo to jego ciało i układ nerwowy nadal reagują tak, jak reagowały przez wiele wcześniejszych lat.
To właśnie dlatego tak ważna staje się relacja terapeutyczna, ponieważ dla wielu osób jest ona pierwszym miejscem, w którym mogą doświadczyć czegoś zupełnie innego niż dotychczas. Nie chodzi wyłącznie o rozmowę ani o interpretację przeszłości. Chodzi o doświadczenie obecności drugiego człowieka, który pozostaje dostępny emocjonalnie, który nie wycofuje się w chwili trudnych emocji, nie ocenia ich, nie próbuje ich natychmiast zmieniać ani naprawiać, lecz pomaga wspólnie je rozumieć.
W swojej pracy coraz częściej zauważam, że to właśnie to, co dzieje się pomiędzy klientem a mną, staje się najważniejszym miejscem terapii. Interesuje mnie nie tylko historia opowiadana słowami, ale również to, co wydarza się w relacji, którą wspólnie tworzymy. Zdarza się, że nazywam to, co zauważam, odzwierciedlam emocje, mówię o własnym odbiorze procesu wtedy, gdy może on pomóc lepiej zrozumieć doświadczenie klienta, ponieważ wierzę, że autentyczna obecność terapeuty może stać się dla drugiego człowieka nowym doświadczeniem relacji, którego wcześniej po prostu nie miał możliwości przeżyć. Nie chodzi o to, aby opowiadać o sobie ani kierować uwagę na terapeutę, lecz o to, aby relacja nie była pustą przestrzenią pomiędzy dwiema osobami, ale miejscem, w którym można bezpiecznie zobaczyć siebie oczami drugiego człowieka.
Coraz mocniej przekonuję się, że szczególnie osoby z traumą relacyjną, doświadczeniem przemocy emocjonalnej, zaniedbania emocjonalnego, lękiem przed odrzuceniem, trudnościami w relacjach czy skutkami traumy z dzieciństwa nie potrzebują wyłącznie nowych informacji o sobie. Potrzebują również nowego doświadczenia, które stopniowo pozwala układowi nerwowemu nauczyć się, że bliskość nie musi oznaczać zagrożenia, a relacja nie musi kończyć się odrzuceniem, oceną czy samotnością.
Być może właśnie dlatego coraz rzadziej myślę o psychoterapii jako o procesie zmieniania człowieka, a znacznie częściej jako o procesie tworzenia warunków, w których może on po raz pierwszy bezpiecznie doświadczyć siebie w obecności drugiego człowieka, ponieważ wierzę, że to właśnie z takich doświadczeń rodzą się najbardziej trwałe zmiany. Nie dlatego, że ktoś powiedział nam, jak powinniśmy żyć, lecz dlatego, że przez chwilę mogliśmy być z kimś, kto pomógł nam zobaczyć, iż nasze reakcje mają sens, nasza historia ma znaczenie, a my sami nie musimy już przeżywać wszystkiego w samotności.
Jeżeli podczas czytania tego tekstu pojawiła się ciekawość, jak taki sposób rozumienia człowieka wygląda w praktyce podczas psychoterapii, zapraszam do przeczytania strony Jak pracuję. Opisuję tam, w jaki sposób prowadzę terapię i czego możesz spodziewać się podczas naszych spotkań.


