Męska depresja nie zawsze wygląda jak smutek
- Piotr Karpinski
- 7 kwi 2025
- 3 minut(y) czytania

Jednym z największych zaskoczeń, jakie towarzyszą mi od początku pracy psychoterapeuty, jest to, jak rzadko mężczyźni mówią podczas pierwszego spotkania: „jestem smutny”.
Znacznie częściej słyszę zupełnie inne zdania.
"Nie wiem, co się ze mną dzieje."
"Ostatnio wszystko mnie denerwuje."
"Nie mam cierpliwości do dzieci."
"Najchętniej zamknąłbym się przed wszystkimi."
"Pracuję coraz więcej, ale nic już mnie nie cieszy."
Na pierwszy rzut oka wiele z tych trudności nie przypomina depresji. Bardziej kojarzą się z przemęczeniem, stresem albo trudnym charakterem. Dopiero kiedy zaczynamy przyglądać się im uważniej, okazuje się, że pod złością, wycofaniem czy drażliwością bardzo często kryje się cierpienie, którego przez lata nikt nie nauczył nazywać.
Nie dzieje się tak dlatego, że mężczyźni przeżywają mniej emocji.
Często dzieje się dokładnie odwrotnie.
Od najmłodszych lat wielu chłopców słyszy, że powinno być twardych, samodzielnych i opanowanych. Nie zawsze są to zdania wypowiadane wprost. Czasem wystarczy obserwować dorosłych i zobaczyć, które emocje spotykają się z akceptacją, a które wywołują zawstydzenie. Z biegiem lat wielu mężczyzn uczy się więc nie tyle regulować własne emocje, ile je ukrywać. Problem polega na tym, że emocje, których nie można wyrazić, nie znikają. Znajdują po prostu inny sposób, by dać o sobie znać.
Złość bardzo często jest jednym z takich sposobów.
Nie dlatego, że pod nią nic więcej się nie kryje, ale dlatego, że dla wielu mężczyzn jest jedyną emocją, którą wolno było okazywać. Pod nią nierzadko znajduje się bezradność, lęk, poczucie osamotnienia albo głęboki wstyd. W gabinecie wielokrotnie obserwowałem, jak za zdaniem „wszystko mnie wkurza” kryło się doświadczenie człowieka, który od bardzo dawna nie czuł, że może powiedzieć: „jest mi trudno”.
Coraz częściej myślę, że zamiast pytać, dlaczego ktoś tak reaguje, warto zadać inne pytanie.
Do czego ta reakcja była potrzebna?
To jedno z pytań, które najczęściej pojawia się w mojej pracy.
Jeżeli przez wiele lat złość chroniła przed pokazaniem własnej bezradności, trudno oczekiwać, że zniknie tylko dlatego, że dziś wiemy, iż utrudnia relacje. Jeżeli nieustanna praca pozwalała nie czuć pustki, samotności albo lęku, nie jest jedynie problemem. Jest również sposobem przetrwania, który kiedyś okazał się skuteczny.
Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozostać przy tych strategiach. Oznacza jedynie, że zanim spróbujemy je zmienić, warto zrozumieć, jaką pełniły funkcję. Właśnie dlatego tak bliskie jest mi przekonanie, że nasze reakcje mają sens, jeśli spojrzymy na nie w kontekście historii, którą przeszliśmy. To, co dzisiaj wydaje się przeszkodą, bardzo często było kiedyś najlepszym rozwiązaniem, jakie potrafił znaleźć nasz organizm.
Męska depresja niezwykle rzadko pojawia się z jednego powodu. Znacznie częściej jest efektem wielu lat życia pod presją, w przekonaniu, że trzeba sobie poradzić samemu, nie sprawiać kłopotów i nie obciążać innych własnymi emocjami. Do tego dochodzi samotność, która nie zawsze oznacza brak ludzi wokół, lecz brak miejsca, w którym można bezpiecznie pokazać siebie takim, jakim naprawdę się jest. Kiedy przez lata nie ma przestrzeni na przeżywanie własnych emocji, organizm coraz częściej zaczyna mówić ich językiem – poprzez przewlekłe napięcie, drażliwość, wycofanie albo utratę sensu.
Być może dlatego mężczyźni tak rzadko proszą o pomoc. Nie dlatego, że nie cierpią, ale dlatego, że przez całe życie uczyli się wierzyć, iż poradzenie sobie samemu jest jedyną właściwą drogą. Tymczasem psychoterapia nie jest zaprzeczeniem siły. W moim rozumieniu jest raczej odwagą, by po raz pierwszy z ciekawością przyjrzeć się własnej historii i sprawdzić, czy sposoby, które kiedyś pomagały przetrwać, nadal są potrzebne.
Nie wierzę, że człowieka trzeba naprawiać.
Wierzę natomiast, że kiedy pojawia się bezpieczna relacja i możliwość zrozumienia własnych doświadczeń, coraz łatwiej zauważyć, że pod złością często kryje się smutek, pod wycofaniem potrzeba bliskości, a pod nieustanną walką o bycie silnym – człowiek, który od bardzo dawna chciałby wreszcie przestać wszystkiego dowodzić.


