top of page

Lęk przed zależnością a sabotowanie bliskości w relacjach

  • Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
    Piotr Karpinski
  • 12 cze 2025
  • 2 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 16 gru 2025

Bliskość emocjonalna uruchamia w nas procesy, które mają swoje źródło bardzo wcześnie – jeszcze zanim nauczyliśmy się je rozumieć czy nazywać. Z jednej strony przynosi ukojenie, regulację i poczucie oparcia. Z drugiej może wywoływać napięcie, niepokój, a czasem automatyczną potrzebę wycofania się. Dla wielu osób ten paradoks bywa dezorientujący: silna potrzeba relacji spotyka się z równie silnym impulsem, by zachować dystans.

To doświadczenie nie jest kwestią cech charakteru ani „trudności w relacjach” rozumianych powierzchownie. Znacznie częściej wynika z tego, jak organizm nauczył się reagować na kontakt. Jeśli w przeszłości bliskość była niespójna, zagrażająca, zawstydzająca lub przekraczająca granice, ciało mogło zapisać ją jako stan podwyższonego pobudzenia. Wtedy nawet wtedy, gdy dorosły umysł pragnie relacji, głębsze warstwy reagują napięciem: oddech się spłyca, mięśnie się usztywniają, a emocje ulegają zamrożeniu lub gwałtownemu wycofaniu.

W takich momentach odsunięcie się od drugiej osoby nie oznacza braku zaangażowania. Jest raczej próbą zachowania wewnętrznej równowagi i ochrony wrażliwego obszaru, który kiedyś nie był wystarczająco zaopiekowany. Z tego miejsca rozwijają się strategie kontaktu: unikanie trudnych rozmów, chłód emocjonalny, ironia, nagłe zrywanie kontaktu albo silne przywiązanie do narracji o samowystarczalności. Każda z nich była kiedyś sposobem na poradzenie sobie z przeciążeniem.

Z perspektywy doświadczenia wewnętrznego ważne jest, by nie traktować tych reakcji jako błędu. One mówią o tym, jak organizm stara się regulować intensywność kontaktu. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy strategie te przestają być elastyczne i zaczynają ograniczać możliwość prawdziwego spotkania.

Z czasem wiele osób doświadcza zmęczenia takim funkcjonowaniem. Tęsknota za autentycznym kontaktem narasta, ale jednocześnie pojawia się lęk, że bliskość znów okaże się przytłaczająca. W takich chwilach pomocne bywa zatrzymanie się i skierowanie uwagi do wewnątrz – nie po to, by coś naprawiać, lecz by zauważyć aktualne doświadczenie.

Co dzieje się teraz w moim ciele, gdy ktoś się do mnie zbliża? Gdzie pojawia się napięcie, a gdzie odrętwienie? Jakie emocje wyłaniają się na granicy kontaktu – lęk, wstyd, złość, tęsknota? I czego w tym momencie najbardziej potrzebuję, by pozostać w relacji, nie tracąc siebie?

Takie uważne bycie przy sobie, bez oceniania i przyspieszania procesu, pozwala stopniowo zwiększać tolerancję na bliskość. Kontakt przestaje być czymś, co zalewa lub zagraża, a zaczyna być doświadczeniem, które można regulować – zbliżać się i oddalać w zgodzie z własnym rytmem.

W tym ujęciu bliskość nie oznacza utraty granic ani rezygnacji z autonomii. Jest raczej spotkaniem dwóch osób, które pozostają w kontakcie ze sobą i z własnym doświadczeniem jednocześnie. Zależność nie musi być zagrożeniem – może stać się świadomym wyborem, opartym na zdolności do bycia w relacji bez porzucania siebie.

Bliskość, która wspiera, rodzi się tam, gdzie jest miejsce na obecność, regulację i autentyczny kontakt. Taki, w którym można być razem – i nadal oddychać.

 
 
bottom of page