To, co nas chroniło – i to, co dziś nas ogranicza
- Piotr Karpinski
- 21 sty 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 20 sty

Mechanizmy obronne rzadko pojawiają się w naszym życiu jako „problem do rozwiązania”. Częściej są jak stare, dobrze znane gesty – tak oswojone, że przestajemy je zauważać. Sposób, w jaki zmieniamy temat, gdy rozmowa robi się zbyt bliska. Jak żartujemy, gdy pojawia się napięcie. Jak zaczynamy tłumaczyć, analizować i porządkować świat w głowie, zamiast poczuć to, co właśnie dzieje się w ciele.
Zwykle myślimy o nich jak o czymś, co przeszkadza. Coś, czego trzeba się pozbyć. A przecież one nie wzięły się znikąd. Powstały w konkretnym momencie życia – często bardzo wcześnie – kiedy były najlepszą możliwą odpowiedzią na rzeczywistość, w której przyszło nam funkcjonować.
Dziecko nie zastanawia się, czy jego reakcja jest zdrowa albo dojrzała. Ono sprawdza, co działa. Jeśli emocje spotykają się z obojętnością – uczy się ich nie pokazywać. Jeśli bliskość jest niebezpieczna – uczy się dystansu. Jeśli złość niszczy więź – zamienia ją w myślenie albo milczenie. W ten sposób rodzi się adaptacja. Cicha, skuteczna, często niewidoczna.
Z perspektywy czasu nazywamy ją obroną, ale wtedy była sposobem na przetrwanie. Na zachowanie jakiejkolwiek równowagi. Na utrzymanie relacji, nawet jeśli była trudna, nieprzewidywalna albo chłodna emocjonalnie. Organizm zrobił dokładnie to, co potrafił najlepiej.
Problem pojawia się później. W dorosłym życiu. Kiedy warunki się zmieniają, ale reakcje zostają te same. Kiedy relacja z partnerem uruchamia to samo napięcie, które kiedyś pojawiało się w domu rodzinnym. Kiedy bliskość zamiast ulgi przynosi niepokój. Kiedy rozmowa o uczuciach kończy się intelektualną analizą, ironią albo wycofaniem.
Nie dlatego, że coś z nami nie tak. Raczej dlatego, że te stare strategie wciąż próbują nas chronić. Tyle że dziś robią to zbyt szeroko, zbyt automatycznie, bez sprawdzania, czy naprawdę są jeszcze potrzebne.
Często pierwszym impulsem jest walka. Chęć „pozbycia się” mechanizmów obronnych. Przełamania ich siłą woli. Ale to rzadko działa. Obrona, którą się atakuje, zwykle tylko się wzmacnia. Znacznie więcej zmienia się wtedy, gdy pojawia się ciekawość. Zatrzymanie. Pytanie: co właściwie teraz się we mnie dzieje?
Zmiana zaczyna się nie w myślach, ale w doświadczeniu. W zauważeniu napięcia w brzuchu. Przyspieszonego oddechu. Impulsu, by się wycofać albo przejąć kontrolę. W pozwoleniu sobie, by to zobaczyć bez oceniania. Bez presji, by od razu było inaczej.
Z czasem może pojawić się coś nowego – drobna przestrzeń między impulsem a reakcją. Moment, w którym można zostać z uczuciem odrobinę dłużej. Poczucie, że nie trzeba od razu uciekać, tłumaczyć ani udowadniać. Że można być w relacji i jednocześnie być w kontakcie ze sobą.
Wtedy dawne mechanizmy zaczynają się zmieniać. Nie znikają, ale ewoluują. Myślenie przestaje odcinać od emocji, a zaczyna je porządkować. Dystans przestaje być ucieczką, a staje się świadomym wyborem. Kontrola może ustąpić miejsca odpowiedzialności, a milczenie – uważnej obecności.
To proces, który wymaga czasu i bezpiecznego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie da się go przejść wyłącznie w głowie. Potrzebne jest doświadczenie bycia widzianym, słyszanym, przyjętym takim, jakim się jest w danym momencie. Z napięciem. Z niepewnością. Z obroną, która wciąż czasem się uruchamia.
Mechanizmy obronne nie są dowodem słabości. Są śladem tego, że kiedyś bardzo nam zależało. Na więzi. Na przetrwaniu. Na zachowaniu siebie w świecie, który nie zawsze był gotowy na nasze emocje.
Kiedy przestajemy z nimi walczyć, a zaczynamy je rozumieć poprzez doświadczenie, coś się rozluźnia. Wraca elastyczność. Większa swoboda w relacjach. Poczucie, że można reagować inaczej – nie dlatego, że „tak trzeba”, ale dlatego, że teraz jest na to miejsce.
I właśnie tam, w tej przestrzeni między dawną adaptacją a nowym wyborem, zaczyna się realna zmiana.


