Ojciec, którego trudno było kochać. O pojednaniu, które daje siłę
- Piotr Karpinski
- 14 cze 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 20 sty

W pracy z mężczyznami temat ojca rzadko pojawia się wprost. Częściej w napięciu ramion. W skróconym oddechu. W tym, jak szybko ktoś przechodzi do działania, gdy rozmowa zbliża się do emocji. Albo przeciwnie – w nagłym wycofaniu, gdy robi się zbyt blisko.
Ojciec nie zawsze jest historią, którą się opowiada. Często jest doświadczeniem zapisanym głębiej – w układzie nerwowym, w sposobie reagowania na autorytet, konflikt, bliskość. W tym, czy czujemy się bezpiecznie, gdy ktoś na nas patrzy. Albo gdy milczy.
„Był. Ale jakby go nie było.”„Czułem, że muszę uważać.”„Lepiej było nic nie czuć.”
To nie są tylko wspomnienia. To ślady relacji, które uczyły nas, jak regulować emocje – albo jak je zamrażać. Jak blisko można podejść. Kiedy trzeba się spiąć. Kiedy zniknąć.
Relacja, która uczyła przetrwania
Wielu ojców nie było złych z intencji. Byli przeciążeni. Odcięci od własnych emocji. Wychowani w świecie, w którym nie było miejsca na wrażliwość, rozmowę, zatrzymanie. Często sami żyli w ciągłym stanie napięcia, którego nikt im nie pomógł regulować.
Dla dziecka oznaczało to jedno: trzeba było się dostosować.
Jedni uczyli się być „niewidzialni”.Inni – silni, szybcy, skuteczni.Jeszcze inni – zawsze gotowi, zawsze czujni.
To były mądre strategie. Pomagały przetrwać relację, w której brakowało bezpiecznego kontaktu. Problem zaczyna się wtedy, gdy te strategie zostają z nami na zawsze – także tam, gdzie nie są już potrzebne.
Odrzucenie jako sposób regulacji
W pewnym momencie wielu mężczyzn mówi: „Odrzucam go. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.” I bardzo często to nie jest decyzja z poziomu myśli, ale z poziomu ciała i emocji. To próba odzyskania kontroli. Oddzielenia się od bólu.
To działa. Na jakiś czas.
Ale koszt bywa wysoki. Bo razem z ojcem odrzucana bywa też część własnej energii życiowej. Spontaniczność. Delikatność. Zdolność do bycia w relacji bez napięcia. To, co kiedyś musiało zostać „schowane”, żeby było bezpieczniej.
I wtedy mężczyzna może funkcjonować poprawnie, a nawet skutecznie – ale wewnętrznie czuć, że coś jest niepełne. Jakby kontakt z samym sobą był urwany w połowie.
Nowe spojrzenie rodzi się z doświadczenia, nie z oceny
Zmiana w relacji z ojcem rzadko zaczyna się od decyzji: „zrozumiem go” albo „wybaczę”. Częściej zaczyna się od momentu zatrzymania. Od zauważenia, co się dzieje w ciele, gdy o nim myślimy. Gdzie pojawia się napięcie. Gdzie pustka. Gdzie złość.
To proces powolnego przywracania kontaktu z własnym doświadczeniem – takim, jakie jest, bez poprawiania go. Bez zmuszania się do pojednania. Bez presji, że „tak trzeba”.
Z czasem – czasem po długim czasie – może pojawić się coś nowego. Nie usprawiedliwienie. Raczej poszerzenie obrazu. Zdolność, by widzieć ojca nie tylko jako figurę władzy czy zagrożenia, ale jako człowieka z własnym poziomem regulacji, własnymi brakami, własną historią.
I co ważne: to nie dzieje się dla niego. Dzieje się dla siebie.
Integracja zamiast walki
Kiedy przestajemy walczyć z własną historią, pojawia się więcej przestrzeni. Więcej wyboru. Mężczyzna nie musi już reagować automatycznie. Może poczuć złość – i nie zalać nią innych. Może poczuć smutek – i nie wstydzić się go. Może być stanowczy, nie będąc agresywnym. Obecny, nie będąc kontrolującym.
To nie jest idealizacja ojca. To integracja doświadczenia.
Uznanie: „Tak wyglądało moje źródło. I z tego źródła nauczyłem się żyć. Teraz mogę wybrać, co niosę dalej.”
W tym miejscu często wraca energia. Nie ta oparta na napięciu i przymusie, ale ta, która płynie z wewnętrznej spójności. Z poczucia, że nie trzeba już uciekać ani udowadniać.
Jeśli czujesz, że temat ojca wciąż w tobie pracuje – może nie w słowach, ale w reakcjach, w relacjach, w ciele – to nie jest słabość. To sygnał, że jakaś część ciebie chce być zauważona i włączona z powrotem do całości.
Nie po to, by zmieniać przeszłość.Ale po to, by teraźniejszość była pełniejsza.
Bo pojednanie – rozumiane głęboko – nie jest zgodą na to, co było.Jest zgodą na to, by już nie tracić siebie.


