Czego nauczyły mnie sowy. O tym, dlaczego obserwacja ptaków pomaga lepiej rozumieć człowieka
- Piotr Karpinski
- 12 maj 2024
- 3 minut(y) czytania

Las towarzyszy mi właściwie od początku życia.
Dorastałem na Lubelszczyźnie, tuż przy lesie. Był miejscem, które jednocześnie mnie fascynowało i budziło lęk. Jako dziecko wydawało mi się, że gdzieś pomiędzy drzewami mogą ukrywać się wilki. A jednak niemal każdego dnia ciągnęło mnie właśnie tam. Wiedziałem, gdzie rosną różne gatunki mchów, gdzie znajdują się mrowiska i w których miejscach najłatwiej wypatrzyć ptasie gniazda. Nie znałem jeszcze nazw większości roślin ani ptaków, ale z ogromną ciekawością próbowałem zrozumieć ich świat.
Dzisiaj myślę, że to doświadczenie dobrze opisuje również nasze życie. Często najbardziej boimy się właśnie tego, co jednocześnie najbardziej nas ciekawi. Tak było z lasem. Chciałem wejść głębiej, odkrywać kolejne miejsca, ale często brakowało mi odwagi, by zrobić to samemu. Czekałem, aż pójdzie ze mną ktoś dorosły.
Po latach wróciłem do tego samego lasu już jako student ochrony środowiska. Zajmowałem się ornitologią i prowadziłem badania sów leśnych. Przez kilka sezonów spędziłem setki godzin w lesie nocą. Zimą i wczesną wiosną przemierzałem ścieżki, których wcześniej nie znałem. Niektóre fragmenty lasu poznałem najpierw po ciemku, a dopiero wiele miesięcy później zobaczyłem je w świetle dnia.
To doświadczenie zmieniło nie tylko moje spojrzenie na przyrodę.
Zmieniło również sposób, w jaki dzisiaj patrzę na człowieka.
Przez długi czas chciałem zobaczyć sowy, ale ich nie znajdowałem. Dopiero kiedy nauczyłem się ich zwyczajów, zrozumiałem, o jakiej porze są aktywne, gdzie najczęściej przebywają i jak wsłuchiwać się w ich głos, okazało się, że wcale nie są rzadkie. Były znacznie bliżej, niż przypuszczałem. Problem nie polegał na tym, że ich nie było. Problem polegał na tym, że jeszcze nie wiedziałem, jak ich szukać.
Bardzo często przypomina mi się to podczas psychoterapii.
Kiedy spotykam drugiego człowieka, nie próbuję od razu znaleźć rozwiązania ani pozbyć się jego objawów. Znacznie bardziej interesuje mnie poznanie jego świata. Chcę zrozumieć historię, w której powstały jego reakcje, oraz to, do czego były kiedyś potrzebne. Wierzę, że większość naszych reakcji ma sens, jeśli spojrzymy na nie w kontekście życia, które przeżyliśmy. To, co dzisiaj wydaje się problemem, bardzo często było kiedyś najlepszym sposobem poradzenia sobie z tym, co było zbyt trudne.
Im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej wracam myślami do lasu. Zauważam, że obserwacja ptaków nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego – cierpliwości. Nie można zmusić sowy, żeby pojawiła się wtedy, kiedy mamy na to ochotę. Nie można przyspieszyć rytmu przyrody. Można natomiast nauczyć się uważności, obserwacji i pokory wobec tego, że wszystko ma swój czas.
Dopiero wiele lat później odkryłem, że to, co intuicyjnie czułem od dziecka, znajduje również potwierdzenie w badaniach naukowych.
Z perspektywy neurobiologii nasz układ nerwowy nieustannie odbiera sygnały z otoczenia. Śpiew ptaków, szum drzew czy rytm lasu nie są jedynie przyjemnym tłem. Dla naszego organizmu są informacją, że otoczenie jest bezpieczne. Przez tysiące lat ptaki milkły wtedy, gdy pojawiało się zagrożenie. Ich śpiew oznaczał, że w pobliżu nie ma drapieżnika. Choć dzisiaj żyjemy w zupełnie innych warunkach, nasz układ nerwowy nadal rozpoznaje te sygnały szybciej, niż robi to świadomy umysł.
Badania pokazują, że kontakt z przyrodą oraz słuchanie śpiewu ptaków mogą obniżać poziom napięcia, poprawiać koncentrację i wspierać regulację emocji. Nie dzieje się tak dlatego, że przyroda rozwiązuje nasze problemy. Dzieje się tak dlatego, że pomaga organizmowi przypomnieć sobie, czym jest bezpieczeństwo.
W ostatnich latach coraz częściej mówi się o ornitologii terapeutycznej, kąpielach leśnych czy terapeutycznym znaczeniu kontaktu z naturą. Z zainteresowaniem śledzę rozwój tej dziedziny i prace osób takich jak Katarzyna Simonienko czy Richard Louv. Cieszy mnie, że intuicje wielu przyrodników znajdują dziś coraz mocniejsze potwierdzenie w badaniach naukowych.
Jednocześnie nie wierzę, że sama przyroda leczy człowieka.
Podobnie jak nie wierzę, że psychoterapia polega na naprawianiu ludzi.
Znacznie bliższe jest mi myślenie, że zarówno dobra relacja terapeutyczna, jak i kontakt z naturą tworzą warunki, w których człowiek może stopniowo odzyskiwać poczucie bezpieczeństwa, kontakt ze sobą i zdolność do rozwoju. Tak jak las nie zmusza żadnego drzewa do wzrostu, lecz stwarza warunki, w których może ono rosnąć, tak samo rozumiem psychoterapię.
Być może właśnie dlatego jedną z form mojej pracy jest psychoterapia Walk & Talk. Nie dlatego, że las zastępuje gabinet. Raczej dlatego, że dla niektórych osób spacer pomiędzy drzewami staje się miejscem, w którym po raz pierwszy od dawna oddech zwalnia, ciało zaczyna się rozluźniać, a rozmowa płynie inaczej niż pomiędzy czterema ścianami.
Las pozostaje dla mnie ważnym towarzyszem. Najpierw był miejscem dziecięcej fascynacji, później przestrzenią badań naukowych, a dziś jest również miejscem, które pomaga mi zachować równowagę i przypomina, że człowiek – podobnie jak przyroda – nie potrzebuje ciągłego przyspieszania. Potrzebuje czasu, odpowiednich warunków i kogoś, kto będzie miał cierpliwość, by naprawdę go poznać.


