top of page

Nieobecny ojciec – jak jego brak wpływa na syna i kolejne pokolenia?

  • Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
    Piotr Karpinski
  • 26 sty 2025
  • 2 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 7 sie




Myślę, że kiedy słyszymy określenie „nieobecny ojciec”, większość z nas wyobraża sobie mężczyznę, którego po prostu nie było. Ojca, który odszedł, zginął podczas wojny, wyjechał za granicę albo z różnych powodów przestał uczestniczyć w życiu swojego dziecka. Im dłużej jednak pracuję jako psychoterapeuta, tym bardziej dostrzegam, że nieobecność może przybierać znacznie subtelniejsze formy. Czasami ojciec każdego dnia wraca do domu, siada przy tym samym stole i mieszka pod tym samym dachem, a mimo to dziecko przez wiele lat doświadcza samotności, ponieważ nie ma z kim podzielić się swoim lękiem, smutkiem czy radością.

Blisko jest mi do przekonania, że właśnie taka nieobecność bywa jedną z najtrudniejszych do zauważenia. Nie zostawia po sobie pustego miejsca przy stole ani rodzinnych fotografii, na których kogoś brakuje. Pozostawia natomiast coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – sposób przeżywania bliskości, rozumienia własnej męskości i budowania relacji z drugim człowiekiem. To właśnie dlatego, myśląc o nieobecnym ojcu, znacznie rzadziej zastanawiam się nad tym, gdzie on był. Znacznie bliższe jest mi pytanie, czego zabrakło dziecku, które przez lata próbowało zbudować z nim więź.

Polska historia i pokolenia nieobecnych ojców

Uważam, że trudno mówić o współczesnym ojcostwie w Polsce, nie zatrzymując się choć na chwilę przy historii naszego kraju. Wojny, bieda, emigracja, przemoc i wieloletnia walka o przetrwanie pozostawiły ślad nie tylko w historii Polski, ale również w sposobie, w jaki kolejne pokolenia uczyły się przeżywać bliskość.

Wielu polskich mężczyzn dorastało w domach, w których ojcowie byli nieobecni. Czasami dlatego, że zabrała ich wojna albo represje. Innym razem dlatego, że wyjeżdżali za pracą i przez większą część życia byli daleko od swoich rodzin. Bywali też tacy ojcowie, którzy każdego dnia wracali do domu, ale byli tak bardzo pochłonięci własnym cierpieniem, zmęczeniem, alkoholem albo doświadczeniami, których nigdy nie mieli okazji opowiedzieć, że ich dzieci dorastały obok nich, nie mając możliwości naprawdę ich poznać.

Myślę, że warto o tym pamiętać, ponieważ bardzo łatwo oceniać wcześniejsze pokolenia z perspektywy współczesnej wiedzy o psychologii i relacjach. Nie oznacza to oczywiście, że należy usprawiedliwiać przemoc, zaniedbanie czy brak odpowiedzialności. Blisko jest mi jednak do przekonania, że trudno zrozumieć historię wielu polskich rodzin, jeśli nie uwzględnimy świata, w którym ci mężczyźni sami dorastali. Wielu z nich nigdy nie miało okazji doświadczyć ojca, który potrafiłby rozmawiać o emocjach, okazywać czułość czy uczyć bezpiecznej bliskości. Trudno przekazać coś, czego samemu nigdy się nie otrzymało.

(...)

Czy ten wzorzec można zatrzymać?

To właśnie w tym miejscu pojawia się coś, co daje mi najwięcej nadziei. Uważam, że historia bardzo silnie wpływa na nasze życie, ale nie oznacza to, że musi wyznaczać jego kierunek do końca. Dostrzegłem, że wielu mężczyzn, którzy trafiają do mojego gabinetu, nie chce już przede wszystkim zrozumieć swoich ojców. Znacznie bardziej chcą zrozumieć siebie. Chcą wiedzieć, dlaczego tak trudno im być blisko, dlaczego wycofują się z relacji albo dlaczego mają poczucie, że ciągle muszą radzić sobie sami.

Mam poczucie, że właśnie od tego momentu zaczyna się zmiana. Nie od obwiniania rodziców ani od szukania winnych, ale od spokojnego przyglądania się temu, co naprawdę odziedziczyliśmy i co chcielibyśmy przekazać dalej. Bo być może największą odpowiedzialnością, jaką ponosimy wobec własnych dzieci, nie jest bycie idealnym ojcem. Być może chodzi o coś znacznie prostszego i jednocześnie trudniejszego — o gotowość, by być obecnym również wtedy, kiedy nie wiemy, jak być doskonałym.

 
 
bottom of page