top of page

Teoria koluzji i jej wpływ na nasze relacje

Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
Piotr Karpinski
4 gru 2024
4 minut(y) czytania


Dlaczego wciąż trafiam na podobne relacje?

To jedno z pytań, które regularnie pojawia się w gabinecie.

Niektórzy zastanawiają się, dlaczego po raz kolejny zakochali się w osobie emocjonalnie niedostępnej. Inni mówią, że w każdej relacji po pewnym czasie zaczynają czuć się odpowiedzialni za wszystko i mają wrażenie, że gdy przestaną dbać o partnera, cały związek się rozpadnie. Są też osoby, które bardzo pragną bliskości, ale kiedy tylko ktoś zaczyna się do nich zbliżać, pojawia się napięcie i silna potrzeba wycofania.

Za każdym razem, kiedy słyszę takie historie, staram się nie szukać odpowiedzi wyłącznie w tym, jaki jest partner czy partnerka. Znacznie bardziej interesuje mnie pytanie, co dzieje się pomiędzy tymi dwiema osobami i dlaczego właśnie przy sobie uruchamiają określone emocje oraz sposoby reagowania. Coraz częściej myślę, że w bliskiej relacji spotykają się nie tylko dwie osoby, ale również dwa układy nerwowe, dwie historie przywiązania i dwa sposoby szukania bezpieczeństwa, które kształtowały się przez całe dzieciństwo.

Jednym z pojęć, które pomaga zrozumieć takie relacje, jest koluzja. Choć brzmi ono dość technicznie, opisuje zjawisko, z którym większość z nas spotkała się przynajmniej raz w życiu. Nie chodzi o manipulację ani o świadomą grę prowadzoną przez jedną ze stron. Znacznie bliższe jest mi rozumienie koluzji jako nieświadomego porozumienia, w którym każda osoba wnosi do relacji swoje doświadczenia, swoje sposoby radzenia sobie z napięciem i swoje wyobrażenie o tym, czym jest bliskość. Problem polega na tym, że bardzo często nie są to sposoby wybrane świadomie, lecz takie, których nauczyliśmy się wiele lat wcześniej, kiedy były nam potrzebne, aby utrzymać więź z najważniejszymi osobami.

Nie wybieramy tylko partnera. Wybieramy również to, co jest znajome.

Jedna z myśli, która wraca do mnie niezwykle często podczas pracy terapeutycznej, mówi o tym, że człowiek nie zakochuje się wyłącznie w drugiej osobie. W pewnym sensie zakochuje się również w tym, jak przy tej osobie czuje się jego układ nerwowy.

To może wydawać się paradoksalne, ponieważ wiele osób świadomie marzy o spokojnej, bezpiecznej relacji, a jednocześnie po raz kolejny angażuje się w związek pełen niepewności, napięcia albo emocjonalnych huśtawek. Nie dzieje się tak dlatego, że ktoś lubi cierpieć. Znacznie częściej dlatego, że właśnie taki sposób przeżywania bliskości jest dla jego organizmu najbardziej znajomy.

Jeżeli dorastaliśmy w domu, w którym trzeba było nieustannie przewidywać nastroje dorosłych, uczyć się ich emocji i dostosowywać własne zachowanie, to taki sposób funkcjonowania może po latach wydawać się czymś naturalnym. Z kolei osoba, która od dzieciństwa doświadczała emocjonalnego opuszczenia, może bardzo silnie pragnąć bliskości, a jednocześnie przeżywać ogromny lęk przed nią, ponieważ bliskość nigdy nie była dla niej jednoznacznie bezpieczna.

Dlatego coraz częściej powtarzam, że nasze reakcje mają sens, jeśli spojrzymy na nie w kontekście historii, którą przeszliśmy. To zdanie odnosi się nie tylko do lęku, depresji czy wycofania, ale również do sposobu, w jaki budujemy relacje.

Każdy z nas przynosi do związku własny sposób szukania bezpieczeństwa

Im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym rzadziej myślę o relacjach w kategoriach winy jednej osoby. Znacznie bliższe jest mi przekonanie, że każdy człowiek wnosi do związku własny sposób regulowania emocji, który kiedyś pomógł mu przetrwać.

Jedna osoba może odzyskiwać poczucie bezpieczeństwa poprzez przejmowanie odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Druga będzie uspokajała się, wycofując z kontaktu, unikając rozmów albo oddając odpowiedzialność partnerowi. Ktoś inny nauczył się, że aby zasłużyć na miłość, musi być potrzebny, dlatego nieustannie pomaga, ratuje i opiekuje się innymi. Są również osoby, które od najmłodszych lat przekonały się, że okazywanie własnych potrzeb kończy się rozczarowaniem, dlatego wolą udawać, że niczego nie potrzebują.

Żadna z tych strategii nie pojawiła się przypadkiem. Wszystkie miały swój sens i wszystkie były próbą odnalezienia bezpieczeństwa w warunkach, jakie były wtedy dostępne.

Kiedy dwie strategie zaczynają się wzajemnie podtrzymywać

Właśnie w tym miejscu pojawia się koluzja.

Wyobraźmy sobie osobę, która od dzieciństwa nauczyła się, że jej wartość polega na opiekowaniu się innymi. Obok niej pojawia się ktoś, kto przez całe życie miał trudność z samodzielnym regulowaniem emocji i bardzo potrzebuje, aby ktoś przejmował za niego odpowiedzialność. Początkowo taki związek może wydawać się idealnie dopasowany. Jedna osoba czuje się potrzebna, druga zaopiekowana. Z czasem jednak obie zaczynają płacić za ten układ wysoką cenę. Opiekun coraz częściej czuje zmęczenie i frustrację, a osoba zależna jeszcze bardziej traci kontakt z własną sprawczością.

Podobnych konfiguracji jest wiele. Bohater i ofiara. Ratownik i osoba potrzebująca pomocy. Kontrolujący i wycofujący się partner. Choć różnią się zachowaniem, mają wspólny mianownik – każda ze stron nieświadomie pomaga drugiej utrzymać sposób funkcjonowania, który kiedyś był potrzebny, ale dzisiaj coraz częściej staje się źródłem cierpienia.

Psychoterapia nie polega na znalezieniu winnego

To jeden z powodów, dla których w terapii rzadko koncentruję się na pytaniu, kto ma rację. Znacznie bardziej interesuje mnie to, jaką funkcję pełni dane zachowanie i do czego było kiedyś potrzebne.

Jeżeli ktoś przez całe życie ratował innych, nie próbuję go przekonać, że powinien natychmiast przestać pomagać. Najpierw wspólnie zastanawiamy się, przed czym ta potrzeba chroniła i dlaczego właśnie w taki sposób organizm nauczył się szukać bezpieczeństwa. Dopiero kiedy pojawia się zrozumienie, możliwa staje się prawdziwa zmiana.

Nie wierzę, że człowieka trzeba naprawiać. Wierzę natomiast, że kiedy zaczynamy rozumieć historię własnych reakcji, odzyskujemy możliwość wyboru. Możemy nadal troszczyć się o innych, ale nie kosztem siebie. Możemy budować bliskość, nie rezygnując z własnych granic. Możemy być razem, nie odgrywając ról, których nauczyliśmy się wiele lat temu.

I właśnie to rozumiem jako dojrzalszą relację – nie taką, w której znikają wszystkie trudności, ale taką, w której dwie osoby mogą być blisko siebie, nie tracąc jednocześnie kontaktu z samymi sobą. To w moim rozumieniu jest przeciwieństwem koluzji. Nie walka o to, kto ma rację, ale stopniowe odzyskiwanie wolności, by być sobą również w obecności drugiego człowieka.

 
 
bottom of page